Ciężki temat: religia, etyka, moralność i empatia skłaniają nas ku minimalizacji różnic w bogactwie społeczeństwa. Z drugiej strony metody wolnego rynku nieustannie pracują aby je zwiększać. Po tylu latach od rewolucji przemysłowej i Marksa ciągle kołyszemy się między kapitalizmem i socjalizmem.

Są ludzie, którzy krytykują obecny stan całkiem fundamentalnie. Z ich punktu widzenia bogactwo materialne samo w sobie (przynajmniej w naszym obecnym modelu bogactwa równego pieniądzom) jest złe, a w każdym razie prowadzi do zła i ucisku. Uważam, że rzeczywiście może ono prowadzić do degeneracji umysłu ludzkiego, choć pewnie prawda jest taka, że "wzmacnia" i daje większe możliwości realizacji tego co w człowieku głęboko drzemie.

Argument jednak, że bogaci nieodłącznie "uciskają" biednych jest według mnie bardzo miniony z prawdą. Jak dla mnie to właśnie bogaci prowadzą do rozwoju na świecie - najpierw stając się bogatymi generują coś cennego, za co ludzie chcą płacić, potem inwestując w nowatorskie rozwiązania pomagają robić to innym. Inna sprawa, to stosowany w większości krajów system podatkowy, który powoduje sporą redystrybucję bogactwa od bogatych do biednych. Weźmy na przykład podatek dochodowy z 2007 roku w USA, okazuje się, że 1% najbogatszych generuje 40% wpływów z tego podatku do budżetu, 5% to już 60% wpływów, 25% to 86%. A jednak beneficjentami budżetu państwowego są wszyscy... a często biedni nawet bardziej, bo bogaci z wielu "publicznych" systemów nie korzystają. Pojawia się co prawda argument "unikania podatków" przez najbogatszych przez odpowiednie formy inwestowania lub za pomocą rajów podatkowych, ale to jednak nie jest chyba aż tak powszechne i w większości przypadków spowodowane pazernością fiskusa i niejednolitych przepisów. Poza tym to tylko podatek dochodowy, który jest akurat mniejszą częścią wpływów budżetowych, pozostałe to podatki od firm, VAT, akcyza. Tutaj z jednej strony trudniej od podatku uciec, z drugiej efekt "ile bogaci płacą" jest nie tylko bardziej liniowy (bogaci już nie są wyżej opodatkowani), ale zależy od konsumpcji, która z wyższymi dochodami wzrasta coraz wolniej (po zaspokojeniu podstawowych potrzeb bogaci niekoniecznie wydają resztę na bezużyteczne towary, prędzej w coś zainwestują). Mimo to "According to the World Bank Development, the aggregate consumption share of different income groups in 2005 was [...] High-income group (rich): accounted for just 20% of the total world population. However, the consumption level of this group was the highest at 76.6%" (za economywatch.com).

Wniosek: budżet państwa opiera się głównie na pieniądzach bogatej części społeczeństwa.

To oznacza, że ubóstwo jest na niekorzyść zarówno biednych, jak i bogatych, którzy muszą je finansować. W idealnym świecie wg mnie niekoniecznie powinna nastąpić równość, lecz po pierwsze łatwość wybicia się powyżej minimum zapewniającego możliwość fizjologicznego przeżycia (za co niech płaci całe społeczeństwo, pewnie bogaci w większym stopniu, taka ich rola) oraz w miarę chęci sięgania do luksusów i wartości wyższych. Osobiście myślę, że rozwój technologii będzie do tego prowadził: podstawowe potrzeby materialne będziemy w stanie spełnić dla wszystkich dzięki efektywniejszym (darmowym?) metodom produkcji energii i materiałów. Natomiast w zakresie potrzeb wyższych... obecny model wydaje się działać. Zasadniczo zgadzam się tu z Mind the Gap Paula Grahama, niech ci, którzy potrafią coś "lepiej", mają z tego korzyść.